wtorek, 21 września 2010
prywatnie

niedawno minęło pół roku odkąd zamieszkaliśmy na jeżycach, czas więc na małe podsumowanie. ostatnie kilka miesięcy upłynęło nam na remontach i byciu w ciąży. póki co nie widać końca ani jednego, ani drugiego. mieszkanie powoli nabiera kształtów, a przede wszystkim kolorów. wciąż jednak wygląda trochę pusto: brakuje mebli, sprzętów, lamp i dodatków. a co najgorsze - cała moja biblioteczka jest nadal zapakowana w kartony i upchnięta gdzieś w rogu kuchni. nie cieszy oczu i serca...

kot jak zawsze wiernie asystuje przy remoncie: włazi do wszystkich kartonów, gryzie pędzle, sprawdza, czy maciek równo maluje, nie daje wygonić się ze skręcanych właśnie szuflad, gryzie kije od mopa, które służą nam za suszarkę na pranie. no i biega po świeżo wymalowanych ścianach, zostawiając wszędzie ślady łap...

bardzo nam odpowiada mieszkanie w samym centrum, chodzenie w kapciach na rynek i manie wszędzie blisko. jeżyce to piękna, acz mocno zaniedbana dzielnica. każda kamienica jest z innej bajki, a na spacerach co rusz odkrywamy kolejne ciekawostki: piękną klatkę schodową, coraz dziwniejsze maszkarony, wielką sylwetkę nietoperza na fasadzie budynku czy figurkę flaminga we wnęce ściany. cieszyliśmy się, że w zasięgu dwuminutowego spaceru będziemy mieć dwa świetne kina. niestety po tym, jak zamknięto amarant (tylko w tym roku zniknęły dwa kultowe kina: amarant i malta - skandal wołający o pomstę do nieba!), pozostało tylko rialto. dobre i to!

jeśli mieszkanie powoli nabiera kształtów, to ja kształtów nabrałam już w pełni. maciek śmieje się, że siedząc po turecku, z wielkim brzuchem i prawie łysa, wyglądam jak śmiejący się budda.

myślałam, że ciąża będzie największą rewolucją na mojej kobiecości, dlatego też nie mogłam się jej doczekać. tymczasem o dziwo, minęła praktycznie niezauważona: najpierw przeprowadzka, potem praca, sesja, selector, opener i tak jakoś ani się obudziliśmy, a tu już prawie dziesiąty miesiąc!:) a gdzie nudności? gdzie zachcianki? gdzie spuchnięte nogi, uczucie ciężkości i zmęczenia? lubię swoje ciało i nie wierzyłam, że mogłoby mi zrobić tego rodzaju nieprzyjemności. ale z drugiej strony nie było też rozbuchanej kobiecości, szalejącego libido, pięknej cery i błogiego uśmiechu na twarzy. ot, nic nadzwyczajnego. a może starając się podchodzić do wszystkiego z zimną głową, coś przegapiłam?

choć podświadomość działa pełną parą, bo w ostatnich tygodniach mamy najbardziej dzikie i zwariowane sny. u mnie akurat to nic niezwykłego, ale ostatnio maćkowi śniło się, że urodził nam się ... kurczak. na pytanie o imię bez wahania odpowiedzieliśmy: "arnold". cóż, może dla kurczaka takie imię byłoby odpowiednie...

teraz pozostaje nam już tylko czekać i zastanawiać się, co też tam siedzi w tym wielkim brzuchu. i czy w ogóle coś tam siedzi, bo mi wciąż trudno w to uwierzyć. to że łóżeczko i przewijak już skręcone, a komplet ciuszków (dzięki asia! dzięki olek!) wyprany i poprasowany, wcale nie sprawia, że idea dziecka staje się bardziej realna. to, że głowę mam pełną pomysłów na kolejne "wakacje z dzieckiem" (mamy już wstępnie wybrany plecak/nosidełko na dziecko w góry) i pierwsze wspólne lektury to też tylko bajanie. a jak to wszystko wyjdzie w rzeczywistości?

środa, 15 września 2010
recoleta - miniatury

jednym z milszych wspomnień z buenos aires są dwa czy trzy śniadania, jakie zjadłam w kawiarni la biela w dzielnicy recoleta. od czasu pobytu w turcji jedzenie śniadań "na mieście" ma dla mnie niesamowity urok i wolę to niż kolację w najbardziej wystawnej restauracji.

la biela mieści się w dzielnicy recoleta, niedaleko słynnego cmentarza, na którym pochowana jest m.in. evita peron. kawiarnia położona jest w cieniu olbrzymiego kauczukowca. przy czym należy to rozumieć dosłownie, bo to ponad stuletnie drzewo, zwane gran gomero, naprawdę góruje nad budynkiem, ulicą i sporą częścią parku. w życiu nie widziałam chyba równie potężnych drzew jak kauczukowce w recoleta. wysokie, rozłożyste, z bogatą siecią korzeni wystającą wysoko ponad powierzchnię ziemi, mają nawet po 50 metrów średnicy.

la biela została założona w połowie XIX wieku, jednak prawdziwą sławę zdobyła w latach 40-tych i 50-tych, kiedy to stała się ulubionym miejscem spotkań kierowców rajdowych. stąd mało romantyczna nazwa: la biela znaczy bowiem korbowód. pozostałością po tym okresie są stare, czarno-białe fotografie samochodów i rajdowców, które do dziś wiszą na ścianach kawiarni, wśród nich rysunki i fotografie członków rodzin laborghini i ferrari, którzy odwiedzili kawiarnię. obok wiszą zabytkowe części do samochodów (klaksony, kratki, korbowody), kilka pucharów rajdowych, wycinki z gazet, a nawet kolekcja samochodowych znaczków pocztowych z lat 20-tych. nad barem natomiast wiszą zdjęcia wykonane przez casaresa i borgesa do książki, nad którą wspólnie pracowali. borges był zresztą stałym bywalcem la biela i miał ponoć nawet na stałe zarezerwowany stolik. klasycznie eleganckie, drewniane wnętrze sprawia wrażenie, jakby przez ostatnie kilkadziesiąt lat nic a nic się tu nie zmieniło.

przychodziłam tam koło 11-12, czyli stosunkowo wcześnie, kiedy jeszcze łatwo było o wolne miejsce. po południu i wieczorami la biela zmieniała się w tętniące życiem, gwarne miejsce spotkań miejscowych i turystów. ale rano wchodziłam do prawie pustej kawiarni, wybierałam stolik koło okna i zamawiałam kawę i kilka sztuk media lunas, czyli malutkich, lekko słodkich rogalików. kawa, którą przynosił starszy kelner była dokładnie taka jak lubię: mocna, wyraźna w smaku, ale klasyczna, bez żadnych smakowych "aksamitnych" fajerwerków. wtedy rozkładałam książkę albo przewodnik (które już ledwo mieściły się na stoliku, bo kawa to nie tylko filiżanka, ale też gorące mleczko, woda, czekoladki, serwetki itp.) i przedłużałam takie śniadanie w nieskończoność.

***

recoleta, gdzie spędziłam praktycznie cały pierwszy tydzień w buenos aires to bogata, szykowna dzielnica. kilkupasmowe drogi i piętrzące się nad nimi wielkie kamienice przypominały mi trochę znany mi jedynie ze zdjęć manhattan. jeśli miałabym określić jej charakter, recoleta sprawiała wrażenie eleganckiej, wyluzowanej i pewnej siebie dzielnicy. to zdecydowanie nie biznesowe la city ani zakupowa florida, ale raczej taki „dobry adres” albo miejsce, gdzie można wyskoczyć na kawę czy drinka. dwie rzeczy szczególnie mnie uderzyły: po pierwsze, wszystko jest tam ogromne, a po drugie, cała dzielnica jest skąpana w zieleni. na ulicach jest zaskakująco dużo kwiaciarni, drzewa rosną wciśnięte między płyty chodnikowe; z balkonów wychyla się mnóstwo kwiatów, krzaków, a nawet małych drzewek. ponadto dzielnicę otacza wiele parków i skwerów, gdzie można rozłożyć się na trawie, poczytać, wypić mate z przyjaciółmi lub pograć na bębnach.

***

jednym z fenomentów, jakie od razu rzucają się w oczy w buenos aires są paseaperros, czyli „wyprowadzacze psów”. na posiadanie psa mogą pozwolić sobie tylko ludzie bogaci, którzy jednocześnie mogą pozwolić sobie na wynajęcie osoby, która takiego psa wyprowadzi na spacer, wyczesze i będzie dbać o jego ogólną kondycję i zdrowie. takie obrazki jak poniżej są więc powszechne raczej w bogatych dzielnicach. i tak każdego ranka paseaperros zbierają po kilka-kilkanaście psów i prowadzą je na spacer do najbliższego parku. to, że te kilkanaście psów nigdy im się nie poplącze, nie pogryzie, nie poucieka i nie pomyli zakrawa na cud. mało tego, często widziałam takich „wyprowadzaczy” uprawiających jogging, a jednego z nich nawet na rowerze - z hordą psów przywiązanych do kierownicy!

***

recoleta znana jest przede wszystkim z cmentarza, na którym pochowani są wszyscy wielcy argentyny. a raczej wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić. cmentarz recoleta bowiem to zazdrośnie strzeżone i niezwykle snobistyczne miejsce pochówku argentyńskiej arystokracji, przy czym pochodzenie i więzi rodzinne są tu ważniejsze niż pieniądze. z tego właśnie powodu długo nie chciano zgodzić się, aby spoczęły tu szczątki evity peron, która przecież pochodziła z ludu i nigdy nie została zaakceptowana przez wyższe sfery. (nawet sam juan peron pochowany jest na innym cmentarzu - chacarita). trumnę z ciałem evity przywieziono na cmentarz nocą w 1973 roku, a więc ponad 20 lat po jej śmierci. do tej pory jej grób nie jest wyraźnie oznakowany, jakby władze cmentarza chciały ze wstydem ukryć go jak słomę wystającą z butów. mimo to większość turystów ciągnie wyłącznie do tego grobu i to on jest najgęściej obłożony kwiatami i tabliczkami oddającymi hołd marii evie duarte de peron.

zdecydowanie warto jednak pospacerować po cmentarzu trochę dłużej. mimo że nie przypomina on parku, jak polskie nekropolie, to i tak można się tutaj wyciszyć i choć na chwilę zapomnieć o zgiełku panującym na zewnątrz. rodzinne grobowce ustawione są ciasno w wąskich uliczkach. przez przeszklone drzwi można zajrzeć do środka, gdzie jedna nad drugą piętrzą się trumny (część z nich znajduje się pod ziemią, dokąd prowadzą schodki). bywa, że na trumnach ułożone są kwiaty, święte obrazki albo zdjęcia i pamiątki rodzinne. są więc zdjęcia ślubne, zdjęcia z parad wojskowych czy pogrzebów albo te najbardziej wzruszające: najzwyklejsze zdjęcia z życia codziennego, maskotki, a nawet zdjęcia ukochanych psów.

spacerując między grobami, miałam w pamięci początek „w patagonii” bruce’a chatwina: "historia buenos aires zapisana jest w książce telefonicznej tego miasta. pompey romanov, emilio rommel, crespina d.z. de rose, ladislao radziwiłł oraz elizabeta marta callman de rothschild - te pięć wybranych na chybił trafił nazwisk spod litery "r" opowiada o wygnaniu, rozczarowaniu i strachu za koronkowymi firankami."

zrobiłam podobny eksperyment przeglądając hotelową książkę telefoniczną. różnorodność nazwisk na dowolnie wybranej stronie jest naprawdę zadziwiająca! cmentarz recoleta jest podobnym świadectwem wielonarodowej historii argentyny. na nagrobkach widnieją nazwiska hiszpańskie, włoskie, brytyjskie, irlandzkie, niemieckie, a nawet ormiańskie i polskie (familia kobylanski).

pochowanych jest tu wielu XIX i XX-wiecznych dowódców i polityków argentyńskich, burmistrzów buenos aires i prezydentów kraju. jest też kilka pomników poświęconych żołnierzom walczącym o niepodległość kraju. jak przystało na tak snobistyczne miejsce, prawdziwe perełki małej architektury stoją tu na przemian z prawdziwie pompatycznymi koszmarkami.

niedziela, 11 lipca 2010
urugwaj! dobrze graj!

z okazji niedawnego występu urugwaju w półfinale mistrzostw świata, kilka wspomnień z mojego krótkiego pobytu w tym kraju. wstyd przyznać, ale to chyba jedno z tych miejsc na świecie, które wcześniej zupełnie z niczym mi się nie kojarzyło. mając jednak w perspektywie kilka dodatkowych dni w buenos aires, postanowiłam wybrać się na drugi brzeg la platy, najpierw do colonii del sacramento, a później do montevideo. do colonii kursuje kilka promów dziennie, dlatego bywa ona nazywana przez mieszkańców buenos aires – a ku irytacji miejscowych - weekendową dzielnicą buenos aires.

colonia del sacramento to stare, kolonialne miasteczko założone w drugiej połowie XVII wieku przez portugalczyków, którzy potrzebowali dogodnej bazy dla szmuglowania towarów z buenos aires. po wprowadzeniu ostrych ceł przez argentynę, miasteczko podupadło, jednak dzięki temu jego starówka pozostała prawie nienaruszona. obecnie colonia del sacramento jako jedyny obiekt urugwaju została wpisana na listę światowego dziedzictwa unesco.

byłam zachwycona colonią. nie mogłam więc odżałować, że najbardziej malownicze miejsce w całej podróży oglądałam w strugach deszczu, a pole widzenia miałam mocno ograniczone do tego, co było widać spod kaptura.

colonia kilkakrotnie przechodziła z rąk hiszpańskich do portugalskich i z powrotem. zachowała jednak zdecydowanie portugalski charakter, z siecią malutkich, nieregularnych uliczek, a przede wszystkim dzięki widocznym na każdym rogu azulejos, czyli portugalskim niebiesko-białym kaflom ceramicznym z numerami domów, nazwami ulic lub scenkami religijnymi.

stara, portugalska część colonii del sacramento położona jest na cyplu i z trzech stron otoczona morzem. na brzegu rosną palmy, których liście jak flagi łopotały na wietrze. z czwartej strony zachowały się pozostałości muru obronnego i brama prowadząca niegdyś do miasta. stare miasto to zaledwie kilkanaście uliczek; piękne połączenie kamiennych bruków, ścian i mnóstwa zieleni. wiele z malutkich, malowniczych domków jest obrośniętych dzikim winem, a wewnątrz, w równie zielonych patio często mieszczą się knajpki, restauracje lub sklepy z pamiątkami. na głównym placu – plaza mayor – również zielono: rosną tam palmy, pomarańcze, jaśmin, a także sporo innych ogromnych, egzotycznych drzew, których nie umiałam rozpoznać. a w tym wszystkim mnóstwo śpiewających ptaków! w przewodniku wyczytałam, że na ogół rządzą tutaj cykady, jednak najwyraźniej nie są deszczolubne, gdyż sama ich nie słyszałam. ku swojemu wielkiemu zdziwieniu w jednej z ulic znalazłam również yeni dünya (czy ma on w ogóle jakąś polską nazwę??), z którego nie omieszkałam skraść kilka owoców.

jedna z najstarszych i chyba najsłynniejsza uliczka colonii – calle de los suspiros, czyli uliczka westchnień, przez środek której płynie niewidoczny tu strumyk; w tle - latarnia:

po urokach colonii, montevideo było w pewnym sensie rozczarowaniem. może ze względu na ogólne zmęczenie, może ze względu na tęsknotę, chciałam jak najszybciej stamtąd wyjechać. jednak teraz, kiedy wszystkie emocje dawno osiadły, wspominam je dużo sympatyczniej. kiedy przyjechałam tam wieczorem, natknęłam się na gigantyczną manifestację polityczną w centrum. zbliżały się wybory parlamentarne i – jak się dowiedziałam - była to ostatnia manifestacja bodajże partii sprawiedliwości społecznej przed ciszą wyborczą. tysiące flag, tysiące wiwatujących ludzi, gęsty tłum ciągnący się przez kilka kilometrów alei 18 lipca – na początku myślałam, że skończył się właśnie jakiś mecz piłkarski i stąd ta ogólna euforia, ale tak właśnie wygląda zaangażowanie polityczne w ameryce południowej.

następnego dnia przez kilka godzin spacerowałam po montevideo. przewodniki jako jego największą atrakcję podają pozostałości bramy prowadzącej do dawnej kolonialnej cytadeli, zburzonej w 1833 r. brama wygląda jednak jak kawałek ściany zbudowanej z pustaków:

na głównym placu - plaza independencia - znajduje się pomnik i mauzoleum bohatera narodowego urugwaju, artigasa.

było wciąż wcześnie, więc wybrałam się na dłuższą wycieczkę wzdłuż wybrzeża (a raczej wzdłuż ruchliwej i głośnej autostrady) w kierunku wieży antel. to niby zwykły biurowiec, jednak można tam wjechać na kilkudzięsiąte piętro, skąd roztacza się panoramiczny widok na miasto. montevideo z trzech stron oblane jest morzem. niestety zamiast urugwajskiej copacabany, przynajmniej po tej stronie wybrzeża po horyzont ciągnęły się stare porty, magazyny przeładunkowe i jakieś pordzewiałe doki i wraki.

 

obszar starego miasta jest stosunkowo niewielki. spacerowałam więc ulicami, poszperałam wśród starych widokówek, plakatów politycznych i innych szpargałów na targu staroci, z nudów weszłam nawet do jakiegoś kościoła. część starych kamienic jest pięknie odnowiona, jednak w przypadku większości z nich, trzeba raczej domyślać się ich dawnego piękna (co oczywiście również ma swój wielki urok).

a obiad zjadłam chyba w najlepszym możliwym miejscu: w starym budynku targu portowego (mercado del puerto), który wypełniony jest teraz knajpami i grillami. nie sądzę, żeby wegetarianie mieli czego tam szukać:

zdecydowanie najciekawsze było jednak muzeum karnawału. okazało się bowiem, że w montevideo w lutym odbywa się olbrzymi, jak mi powiedziano: najdłuższy karnawał w ameryce południowej. najdłuższy, gdyż karnawałowe grupy (murga) przez 40 dni prezentują swoje stroje, tańce i muzykę w swoich dzielnicach wzdłuż ulic montevideo, a także na platformach jadących przez całe miasto. urugwajski karnawał różni się od tego najsłynniejszego w rio de janeiro. to połączenie teatru, balu maskowego, tańca, śpiewu, ale przede wszystkim muzyki i hipnotyzującego rytmu bębnów. muzycy niosą przewieszone przez ramię wielkie bębny (tambores), podbijając je w rytm kroków na udzie i walą w nie aż do siniaków i zdartej skóry na rękach (opowiadał mi to chłopak z muzeum, prezentując własne, zmasakrowane dłonie). uczestnicy karnawału są poprzebierani i przemalowani na murzynów lub białych; niosą wielkie, zabawne (np. wielka zła baba z wałkiem do ciasta) lub straszne (smoki, potwory) figury zrobione z papier-mache. wszystko jest prześmiewcze, kolorowe i oszałamiające – jak to w trakcie karnawału. obok murgas, prawdziwym fenomenem festiwalu montevideo są candombe, którzy wykonują muzykę o afrykańskich korzeniach, stworzoną przez afrykańskich niewolników przywiezionych do urugwaju. pieśniarze murga za czasów dyktatury w urugwaju byli tymi, którzy w jakiś sposób dawali wyraz społecznej i politycznej krytyce. doprawiali swoje pieśni dozą humoru, sarkazmu i ironii, tworząc w nich parodię rzeczywistości. z tego też powodu karnawał nie był w czasie dyktatury świętem mile widzianym. obecnie młodzi zapaleńcy w rodzaju tych, którzy prowadzili muzeum, próbują przywrócić wielkość karnawału i pamięć o jego długiej historii.

także na przyszłość nauczka: jeśli jechać do urugwaju to tylko w lutym!

zdecydowanie za krótko byłam w urugwaju, żeby móc napisać o tym kraju coś mądrego. urugwajczycy to podobno niesamowicie sympatyczni ludzie. to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy to wszechobecna mate. to ponoć urugwajczycy wymyślili rewolucyjny zwyczaj zabierania ze sobą termosów z gorącą wodą do zaparzania mate, co uwolniło mate z domów i wyprowadziło ją na ulice. faktycznie, na ulicach praktycznie wszyscy chodzą z kubeczkami mate i termosami: od elegancko ubranych biznesmenów, przez młodych ludzi rozłożonych w parkach, po bezdomnych.

wtorek, 12 stycznia 2010
głód, reż. s. mc queen

oglądaliśmy wczoraj niesamowity film. "głód" w reżyserii steve'a mcqueena to historia buntu więźniów irlandzkich przetrzymywanych w owianym złą legendą więzieniu maze. jeszcze w czasach naszego pobytu w belfaście wspominałam kiedyś na blogu o tych wydarzeniach. więźniowie, prawdziwi lub domniemani bojownicy ira, domagali się przyznania im statusu więźniów politycznych. w tym celu prowadzili przez cztery lata protest "kocowy" i "brudnawy" (w tak głupkowaty sposób jest to przetłumaczone w filmie. chodzi o blanket protest i dirty protest). więźniowie odmawiali noszenia więziennej odzieży, okrywając się jedynie kocami, a także mycia się i sprzątania cel. protest ten do niczego nie doprowadził, dlatego nieformalny przywódca więźniów, bobby sands, decyduje się na krok ostateczny: strajk głodowy. w jego wyniku zmarło 10 więźniów. rząd brytyjski spełnił praktycznie wszystkie ich postulaty, z wyjątkiem jednego - nie przyznał im statusu więźniów politycznych.

"głód" jest debiutem reżyserskim steve'a mcqueena. trzeba przyznać, że porwał się on na temat bardzo trudny i wciąż wywołujący żywe emocje. przed pójściem do kina obawiałam się trochę dwóch rzeczy: epatowania brutalnością i okucieństwem głodówki, a z drugiej strony gloryfikowania irlandzkich buntowników. na szczęście mcqueenowi udało się uniknąć i tego, i tego. film zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie, przede wszystkim przez niezwykle poruszające, bardzo sugestywne obrazy. wychudzeni, brudni i zarośnięci więźniowie, jedynie z przepaską na biodrach, przypominają współczesnych chrystusów. widzimy ich drogę przez mękę: brutalne traktowanie przez brytyjskich strażników, gwałty, bicie, szykanowanie. niektóre sceny mają wręcz symboliczną wymowę: powtarza się makbetowski gest mycia rąk przez jednego z najokrutniejszych strażników. mocz, który codziennie o umówionej godzinie wypływa ze wszystkich cel, łączy się na korytarzu, a następnie jest zmywany, ścierany i dezynfekowany przez służby więzienne. wychudzony i gasnący bobby sands w pasiaku, przypominał mi więźnia oświęcimia (pamiętam, że cela, w której zamykano więźniów skazanych na śmierć głodową zrobiła na mnie w oświęcimiu najokropniejsze wrażenie).

wszystkie te obrazy te są tak dojmujące, a atmosfera budowana tak umiejętnie, że fizycznie wręcz czułam smród wysmarowanych ekskrementami ścian, przenikliwe zimno na dworze, strach, napięcie, ale też siłę i determinację więźniów.

system, który najpierw zniewala ludzi, a potem wyniszcza ich psychicznie, odzierając z resztek godności, łamie wszystkich. zinstytucjonalizowana przemoc niszczy zarówno ofiary, jak i samych oprawców. wydaje mi się, że to irlandzcy więźniowie są tu silniejszą stroną: wspierają się wzajemnie, mają oparcie w rodzinach. są ....hmmm ... szczęśliwsi? życie strażnika, którego obserwujemy, jest jałowe, nie potrafi nawiązać normalnych relacji z bliskimi. odniosłam wrażenie, że sytuacja go przerasta, a przemoc, której jest sprawcą, dotyka również jego. bardzo poruszająca była scena, w której z jednej strony kadru widzimy grupę policjantów okładających pałami więźnia, a z prawej strony - jednego z nich, który nie wytrzymuje napięcia i schowany za ścianą - płacze.

jednak film, obok tych wstrząsających scen, stawia też kilka ważnych pytań. po pierwsze, o istotę terroryzmu. jesteśmy zazwyczaj pełni zrozumienia dla bojowników ira, która przecież walczy (walczyła?) o słuszną sprawę. wzruszają mnie ci więźniowie, którzy podczas widzenia z rodzinami tulą swoje dziewczyny, żony, dzieci, którzy wypytują o zdrowie rodziców. całym sercem nie zgadzam się ze słowami margaret tatcher, które płyną w tle: nie ma czegoś takiego, jak więzień polityczny, jak zabójstwo polityczne; są tylko więźniowie kryminalni i kryminalne morderstwa. jednak rozum mówi co innego: czym różni się jedno zabójstwo czy zamach bombowy od innego? czy ofiary są naprawdę winne? a przede wszystkim: więźniowie z guantanamo zapewne również kochają swoje dzieci i rodziców. czy jedni terroryści mają więcej racji od innych? przebież cel nigdy nie powinien uświęcać środków.

jeszcze ciekawsza jest rozmowa bobby'ego sandsa z zaprzyjaźnionym księdzem, któremu obwieszcza on decyzję więźniów o rozpoczęciu strajku głodowego. ksiądz zdecydowanie się z nim nie zgadza, zarzuca bobby'emu, że zamiast podjąć walkę, skazuje się na śmierć. co więcej, pociąga za sobą innych, biorąc odpowiedzialności za tych, którzy przyjęli go za swojego lidera. pyta go: "zastanawiałeś się, na co prowadzisz tych chłopaków, co stanie się z ich rodzinami?" zarzuca bobby'emu zadufanie, że nie szanuje życia, że działa nie tylko wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew zasadom walki politycznej, ale także wbrew decyzji swoich przełożonych z ira, którzy nakazują więźniom negocjować z władzami maze. bobby odpowiada jednak, że więźniowie, którym odmawia się wszelkich praw, zachowają się jak armia, która poświęci się dla innych. jeśli nie teraz, docenią ich przyszłe pokolenia.

tutaj akurat miał rację, bo w belfaście mnóstwo jest murali z wizerunkiem bobby'ego sandsa, a pojawiająca się na nich często czerwona litera H upamiętnia ofiary tamtych wydarzeń.

jak zdesperowany musi być człowiek, żeby zdecydować się na krok tak ostateczny, jakim jest strajk głodowy. nie rozumiała tego margaret tatcher, która - zupełnie nie wiem dlaczego - jest w polsce tak hołubiona. w filmie słyszymy jej pogardliwe słowa o więźniach, którzy decydując się na strajk głodowy, odwołują się do najbardziej podstawowego z ludzkich uczuć - współczucia (pity). to pity, wypowiedziane z tak wielką pogardą, tak zimno i beznamiętnie, że ciarki biegną po plecach. niejako wbrew tym słowom, właśnie troskę i współczucie okazano więźniom dopiero wtedy, gdy sami siebie skazali już na śmierć. bobby sands zmarł po 66 dniach głodówki.

niedziela, 03 stycznia 2010
volver

w buenos aires literatura wyjątkowo zeszła na dalszy plan. w buenos aires rządzi muzyka. jak argentyna, to oczywiście tango, a jak tango, to oczywiście carlos gardel.

przyznaję bez bicia, że wcześniej nie znałam gardela. jednak nie sposób nie poznać go, będąc w buenos aires, bo gardel to prawdziwa legenda i wielka miłość argentyny. wszędzie mnóstwo jego fotografii, stare płyty winylowe królują na witrynach sklepowych, zdjęcia ozdabiają wnętrza klimatycznych kawiarni, w sklepach z pamiątkami roi się od kalendarzy, plakietek i plakatów z jego wizerunkiem. odniosłam wrażenie, że buenos aires to miasto pełne nostalgii i dawnego, minionego czaru. postać carlosa gardela świetnie mi pasowała do tego obrazu.

"moi informatorzy zgadzają sie w jednym - pisał borges - tango narodziło się burdelach". nie wiadomo, skąd "informatorzy" borgesa brali tą pewność, ale tak się utarło: tango wywodzi się z podejrzanych barów biednych dzielnic portowych buenos aires. i faktycznie, pierwsze tanga opiewały życie prostytutek i alfonsów, a śpiewane przez mężczyzn, całą winą za zło świata i złamane serca obarczały niestałe w uczuciach kobiety. lata 20-te i 30-te to złota era tango: z burdeli i spelunek przeniosło się ono najpierw do teatrów i kabaretów, a potem na salony.

wielka w tym zasługa właśnie carlosa gardela, który stworzył z tango pieść, cancion, gdzie tekst odgrywa równie ważną rolę, co muzyka. za punkt zwrotny uznawana jest jego piosenka "mi noche triste", nagrana w 1917 roku. od tego momentu tango zmieniło się z podrzędnego tańca w gatunek muzyczny uwielbiany przez wszystkie klasy społeczne. carlos gardel nagrał ponoć około dziewięciuset piosenek; zagrał ponadto w wielu filmach, również w europie i w hollywood (np. "tango na broadwayu" z 1934 roku).

gardel to nie tylko piękny głos, ale przede wszystkim charyzma, którą przecież musi odznaczać się geniusz tak charyzmatycznego gatunku, jakim jest tango. a więc przede wszystkim: naturalny urok, machismo, szeroki uśmiech, pewność siebie, ale także arogancja i luz. na wszystkich zdjęciach widać całkiem przystojnego mężczyznę, z nieco pucołowatymi policzkami, zawsze z uśmiechem od ucha do ucha, włosy na brylantynę ma zaczesane do tyłu, na głowie kapelusz borsalino, ręka w kieszeni.

o tym uśmiechu mówił juan peron: "żeby rządzić argentyną, trzeba przybrać uśmiech gardela". borges odwrócił to powiedzenie, nieco makabrycznie stwierdzając: "gardel uśmiechał się jak peron".

był uwielbiany szczególnie przez niższe klasy buenos aires, pracowników portów, mieszkańców biednych barrios. był dla nich ucieleśnieniem marzeń, gdyż sam pochodził z biedoty, a dotarł na szczyt szczytów. urodzony w tuluzie we francji (a może w urugwaju? różnie mówią...), wychował się w buenos aires, w biednej dzielnicy abasto. dziś w miejscu dawnego mercado del abasto znajduje się wielka galeria handlowa, a tuż obok pomnik i muzeum samego gardela. zapytany kiedyś przez jakiegoś dziennikarza, stwierdził: "moją ojczyzną jest tango, a jego stolicą jest ulica corrientes". mówiono o nim "słowik" (el zorzal) albo pieszczotliwie carlito. do dziś mówi się też, że każdego dnia śpiewa lepiej.

z tych kilkunastu piosenek gardela, które poznałam, najbardziej podoba mi się "volver":

ta sama piosenka, przerobiona na flamenco, pojawia się w filmie almodovara, "volver". co prawda oryginalnie wykonuje ją estrellę morente, ale śpiewająca ją w filmie penelope cruz robi to tak pięknie, że ciarki biegają po plecach. dlatego wrzucam tu jutubkę właśnie z filmu:

z piosenki "volver" pochodzi również słynne ponoć w ameryce południowej powiedzenie gardela "dwadzieścia lat to nic" (veinte años no es nada).

tanga gardela występowały zresztą w wielu filamach. najsłynniejsze bodajże  „por una cabeza" pojawia się między innymi w "prawdziwych kłamstwach", "zapachu kobiety" czy w "liście schindlera":

czytając niedawno po raz kolejny "grę w klasy" cortazara natknęłam się na wyjątkowo pretensjonalny fragment o gardelu:

"w owym czasie nowo przybyły [do paryża] śpiewak kabaretowy zbierał coraz większe oklaski. zadebiutował w kabarecie "florida", gdzie śpiewał dziwne piosenki w dziwacznym języku.

ubrany w egzotyczny strój, do tej pory nie znany w tych stronach, śpiewał tanga, ranchery i argentyńskie zambas. był to młody człowiek, dość szczupły, smagły, z białymi zębami, o którego łaski już walczyły paryskie piękności. nazywał się carlos gardel. rozdzierające tanga, które śpiewał z takim przekonaniem, z niewiadomej przyczyny czarowały publiczność. jego ówczesne piosenki - caminito, la chacarera, aquel tapado de armino, queja indina, entre suenos - nie były to nowoczesne tanga, lecz stare argentyńskie melodie, ukazujące czystą duszę gaucza z pampasów. gardel był w modzie. eleganckie kolacje i wytworne przyjęcia nie mogły obyć się bez niego. jego ciemna cera, białe zęby, świeży, jasny uśmiech błyszczały wszędzie: w kabaretach, teatrach, music hallach, na torach wyścigowych - był stałym bywalcem longchamps i auteuil.

ale gardel ponad wszystko lubił bawić się na swój sposób, między swymi, w swoim kółku."

carlos gardel zginął w katastrofie lotniczej gdzieś nad kolumbią w 1935 roku. był wtedy u szczytu sławy, co tylko przyczyniło się do ugruntowania jego legendy. w podróż tą nie pojechał z nim na szczęście niejaki astor piazzola, który jako trzynastolatek rozpoczął współpracę z gardelem. na cmentarz chacarita, gdzie został pochowany, odprowadzały go tłumy. na grobie stoi naturalnej wielkości pomnik samego carlito, a całą przestrzeń wokół wypełniają mniejsze i większe tabliczki z wyrazami pamięci i uwielbienia. jedne z nich poważne, ufundowane przez instytucje i organizacje; inne mniejsze, czasem tylko z napisem "grazias carlito". ludzie wciąż wkładają mu zapalonego papierosa między palce lub czerownego goździka w butonierkę. ponoć przynosi to szczęście.

sobota, 02 stycznia 2010
noworocznie

w zeszłym roku był tak:

wtedy na placu czerwonym życzyliśmy sobie, żeby następnego sylwestra spędzić już na swoim. i proszę, życzenie się spełniło: norowoczny toast wznieśliśmy U SIEBIE:

na razie jest pusto, zimno i surowo. piękne są tylko podłogi, drzwi do trzeciego pokoju i judasz w drzwiach wejściowych. ale wkrótce to się zmieni: wkroczą kolory, odręcimy kaloryfery, mieszkanie wypełni się naszymi zapachami (bo każde mieszkanie ma swój zapach). no i wpuścimy ... bestię. lesio już daje do zrozumienia, że również się wyprowadza z boninu, wpychając się do każdego kartonu, który próbuję zapakować i walcząc o miejsce w każdej torbie i plecaku.

nie będzie żadnych postanowień noworocznych. moja silna wola jest nieistniejąca i nigdy nic z żadnych postanowień nie wychodzi. wystarczy, że postanowienia wakacyjne okazały się niewypałem, co napawa mnie odrazą do samej siebie (szczególnie to niewypełnione wyzwanie czytelnicze). także w tym roku: hulaj dusza, piekła nie ma.

a żeby zachować klimat świąteczny:

poniedziałek, 21 grudnia 2009
pochwała zimna

w zeszłym roku w poszukiwaniu prawdziwej zimy ruszyliśmy do moskwy. zdegustowani miejską chlapą i ciągłym narzekaniem: "teraz to już nie ma prawdziwych zim", zamarzyliśmy o mrozie i o bajkowym, śnieżnym krajobrazie jak z rosyjskich obrazków (do tego trojka, stakan wódki i herbata z konfiturą). udało się pięknie, choć taką prawdziwą rosyjską zimę znaleźliśmy dopiero kilkadziesiąt kilometrów od miasta, w klasztorze zwienigorod. jednak po powrocie do domu okazało się, że w polsce było jeszcze zimniej, a zima jeszcze piękniejsza. w terespolu czekał na nas taki widok za oknem (zmrożonego) pociągu:

w tym roku nie mieliśmy podobnych planów, dlatego po ciepłym listopadzie i jeszcze cieplejszej połowie grudnia straciłam nadzieję, że uda mi się porządnie zmarznąć. ale jest! przyszedł nareszcie MRÓZ. i to jaki! od razu przywaliło -15 stopni i nawet spadł śnieg... co prawda śnieg lekko rachityczny i to taki, z którego nie można ulepić nawet kulki, o bałwanie nawet nie wspominając. ale w ciepłolubnym poznaniu dobre i to.

uwielbiam zimę. przez ostatnie dni biegnę do pracy z wielkim uśmiechem na twarzy i cieszę się, że policzki zmroziło, buzia cała czerwona, czubek nosa odmrożony, że rąk i nóg nie czuję. jak jest śnieg, to całą drogę z domu do pracy można przebyć na jednym długim ślizgu (stwierdzam przy okazji, że w kozakach na obcasach łatwiej się ślizgac niż chodzić). takiej energii starcza potem na cały dzień.

wczoraj poszliśmy na długi spacer dookoła rusałki. mróz szczypał w nos i policzki, śnieg przyjemnie skrzypiał pod nogami. świeciło bledziutkie, zimowe słońce, a powietrze było jakby białe od mrozu. przypomniało mi się, jaką frajdę na śniegu miał nasz kuba-the-dog, który szalał, biegał za śnieżkami, pyskiem i całym sobą wpadał w zaspy śniegu.

wspaniale jest tak zmarznąć, a potem przyjść do domu, schować się pod kocem i powoli tajać. czerwone z zimna uda aż szczypią, powoli wraca czucie w palcach rąk i w twarzy. do ręki książka, na szyję i piersi kot, obok herbata z cytryną i pigwą. albo grzane czerwone wino z pomarańczami, które od razu uderza do głowy.

zdegustowani miejską chlapą
sobota, 10 października 2009
mircea eliade, "młodość stulatka"

łatwiej tą książeczkę eliadego przeczytać niż coś o niej napisać. czyta się szybciutko, dużo się dzieje, ale nie porusza, nie urzeka.

główny bohater, dominik matei, jest rumuńskim profesorem językoznawstwa, który - podobnie jak sam eliade - życie poświęcił nauce. jednak w odróżnieniu od eliadego, w żadnej dziedzinie nie okazał się genialny. rzucał się z jednej dziedziny nauki na drugą, rozpoczynał naukę jednego języka, który wkrótce porzucał dla innego. był coraz bardziej rozczarowany, gdyż okazywało się, że niczego nie jest w stanie doprowadzić do końca, nie dokona żadnego doniosłego odkrycia, żadnej rewolucyjnej interpretacji. kiedy zbliża się do siedemdziesiątki, zauważa u siebie pierwsze objawy sklerozy. swoją drogą, musi to być dla człowieka, który całe życie poświęcił zdobywaniu wiedzy prawdziwa tragedia, niczym ślepota dla mola książkowego - o czym zresztą bohater sam wspomina. matei postanawia więc popełnić samobójstwo. krótko przed tym zostaje rażony piorunem. zamiast zginąć na miejscu, ulega jednak cudownemu odmłodzeniu. co więcej, po pewnym czasie zauważa, że z najwyższą łatwością jest w stanie poznawać kolejne języki, jego umysł chłonie wiedzę bez najmniejszego wysiłku i bez ograniczeń. zdobywa pamięć mandaryna, której mu brakowało.

dopiero po przeczytaniu posłowia zrozumiałam wiele wątków, o których nie mogłam mieć wcześniej pojęcia. okazuje się, że powieść eliadego została oparta na pięknej rumuńskiej baśni, w której książę junak (fat-frumos) postanawia wyruszyć w świat w poszukiwaniu "młodości bez starości i życia bez śmierci". trafia do nieznanej krainy, w której żyją trzy siostry-wróżki. poślubia jedną z nich i żyje w wiecznej młodości i beztrosce, nie starzejąc się. pewnego razu trafia jednak do miejsca zwanego doliną płaczu. tam wraca mu pamięć o dawnym życiu. zaczyna tęsknić i postanawia powrócić w rodzinne strony. kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że odkąd wyruszył w podróż minęło kilkaset lat. tam, gdzie były puszcze, stoją miasta, tam, gdzie były jałowe pustkowia, są pola uprawne, a w miejscu, gdzie stał zamek jego rodziców, pozostały jedynie ruiny.  w ciągu jednej chwili junak zmienia się w wiekowego starca. w ruinach zamku czeka na niego śmierć - sama bliska zgonu ... ze starości. "dobrze, że się zjawiłeś, bo sama bym umarła", mówi śmierć. co za paradoks!

w powieści eliadego są dwie rzeczy, które zazwyczaj bardzo lubię w literaturze: przetworzenie starej baśni i zabawa czasem. czas bowiem kilka razy zmienia tu swój kierunek, znaczenie i bieg. dla siedemdziesięcioletniego dominika matei, który ma gorzkie poczucie, że zmarnował swoje życie i nigdy nie ukończy wielkiego dzieła, czas jest przekleństwem. w wielkanocny dzień - niczym faust - w wyniku działania sił nadprzyrodzonych (uderzenie pioruna), zostaje obdarzony niezwykłymi mocami. młodnieje i zatrzymuje się w wieku 25-30-latka. czas staje dla niego w miejscu. ludzie wokół starzeją się nieubłaganie, a on pozostaje jakby poza naszym kręgiem czasu. z kolei weronika, dziewczyna, którą pokochał, jakby za karę za jego nadprzyrodzone zdolności, starzeje się w zastraszającym tempie. pod koniec powieści dominik powraca do rodzinnej miejscowości i zostaje ponownie wrzucony w krąg ludzkiego czasu (tracimy na chwilę orientację, czy nadal jest rok 1968 czy ponownie  1938). cóż, nie będzie to zaskoczeniem - kończy jak książę junak.

nie jest to jakaś porywająca książka. brakuje jej powieściowej wrażliwości, bohaterowie nie mają praktycznie żadnych charakterów, nikogo nie zdążyłam nawet polubić. jest to taka trochę przeintelektualizowana powieść, która na pewno dużo więcej da tym, którzy znają tło jej powstania i trochę bliżej postać autora. kilka lat temu książkę zekranizował f. f. copolla. wydawałoby się, że fabuła jest dosyć "filmowa". jednak powstał koszmarny i niesamowicie płytki film, nakręcony z rozmachem równym serialom tvn-u. dominika matei zagrał (fatalnie!) tim roth (słynny honey bunny z "pulp fiction"). ani przystojny, ani brzydki, ani pozytywny, ani negatywny, ani miły, ani wyrachowany. po prostu człowiek bez właściwości - jak u eliadego.

podsumowując, książka "taka se", filmu zdecydowanie nie polecam!

czwartek, 06 sierpnia 2009
moja wielka gruzińska rodzina

czasem wspominam swoją gruzińską rodzinę. wiele moich podróżniczych wspomnień uleciało lub wyblakło, mam też słabą pamięć do tzw. zabytków i rzeczy praktycznych. zawsze jednak dobrze pamiętam moje wrażenia z odwiedzanych miejsc, a także ludzi, których tam spotkałam. minęło już tyle lat od mojego pobytu w gruzji, pozostały mi tylko dwa, może trzy zdjęcia z nimi, a wciąż czasem zastanawiam się, co porabiają, jak żyją. lubię tak właśnie o nich myśleć, jako o "mojej gruzińskiej rodzinie", bo to nie byle napotkani w podróży ludzie, ale ludzie, którzy pozwolili mi się u siebie choć na kilka dni zadomowić. podróżowanie po gruzji, szczególnie samej, jest naprawdę przyjemne. gruzini są niezwykle życzliwi, bardzo pomocni i rodzinni. wszędzie się mną opiekowali, wskazywali drogę, zabierali do domu na noc, karmili, a następnego dnia na drogę dawali jeszcze ciepłe chaczapuri. tak też było, gdy wybrałam się w góry, do kachetii. wiedziałam tylko w jakim kierunku mam jechać, ale zupełnie nie zastanawiałam się, co będzie dalej ani gdzie będę spała. pewnie wyobrażałam sobie, że trafię do jakiegoś gruzińskiego zakopanego, znajdę jakieś schronisko, pochodzę po górach i za trzy-cztery dni wrócę do tbilisi. w wysokich górach kachetii znajdują się bodajże trzy wioski - w tym najsłynniejsza z nich, omalo - i na nie się kierowałam. teraz sama nie mogę uwierzyć, że mogłam być tak naiwna. wioski to w rzeczywistości porozrzucane po dolinach domy, nie ma tam absolutnie żadnej infrastruktury (ani dróg, ani kanalizacji!). poza tym są to już wysokie góry i żaden transport tam nie dojeżdża. nie tylko transport publiczny, ale po prostu nic! jedynie wielkie ciężarówki lub wszędziewjezdne niwy są w stanie wspiąć się serpentynami na bardzo wysoką przełęcz, a następnie zjechać z niej równie niebezpieczną i krętą drogą. samą podróż w góry zostawię sobie na odrębny wpis, bo to też ciekawa historia. tymczasem jechałam jeszcze zwykłym busikiem z telawi (stolica kachetii) do podnóża gór. jechałam z wielkim plecakiem i wyraźnie odróżniałam się od miejscowych. naprzeciwko mnie siedziała pani po trzydziestce z córką, kilkunastoletnią okularnicą. w końcu dziewczynka nie wytrzymała i zagadnęła do mnie: "wy amerykanka?". amerykanką niestety nie byłam, ale skoro okazało się, że mówię po rosyjsku, zaraz zainteresowały się, gdzie i po co jadę. słysząc o moim niedorzecznym pomyśle, po kilkunastu minutach wyciągnęły mnie z autobusu i zaprowadziły do siebie do domu. okazało się, że tania (po gruzińsku zwana taniko) i jej córka, khati, same są z tbilisi, ale przebywają właśnie na wakacjach u rodziny. druga córka taniko, wiera, spędzała wakacje gdzie indziej - miałyśmy się później jeszcze spotkać w tbilisi. była tam również siostra taniko, chatuna, z dwoma córeczkami, najbardziej zaradna, która od początku zaopiekowała się mną.

gruzini mają chyba to do siebie, że - szanujac gościa - jednocześnie pozwalają się mu poczuć jak u siebie w domu. kiedy dotarło do mnie, że tak łatwo w góry się nie dostanę, zdałam się całkowicie na nich. siedzieliśmy więc całą, kilkunastoosobową rodziną przez dwa dni przed domem na drodze i czekaliśmy na ciężarówkę, która wywiezie mnie w góry. w międzyczasie zostałam momentalnie wprzęgnięta w ich codzienne życie: przebieraliśmy cebulę na zimę, pomagałam nawijać jakąś wełnę na szpule, przygotowywać obiady, nakrywać do stołu. w ciągu pierwszych dwóch godzin obeszłam razem z chatuną wszystkie okoliczne gospodynie, gubiąc się w tym, która jest sąsiadką, a która kuzynką. jedna piekła chleb w piecu na podwórku (chleb piecze się przyklejając go do ścianek niskiego pieca; taki sam chleb piecze się czasem w turcji i ogólnie - na wschodzie. uwielbiam...); druga z sąsiadek powróżyła mi z fusów po kawie (pamiętam, że wyszło, że w polsce czeka na mnie jakiś mężczyzna o imieniu na literę B); u trzeciej można było wreszcie zapalić papierosa. byłam pod wielkim wrażeniem tej gruzińskiej, babskiej zażyłości. był to dopiero mój drugi dzień w gruzji i wciąż byłam przepełniona wrażeniami z azerbejdżanu, gdzie ludzie są dużo bardziej wycofani.

jeszcze w autobusie, namawiając mnie, żebym została z nimi, taniko i khati zapowiedziały, że jakiś sąsiad (a może kolejny kuzyn?) ma urodziny i wieczorem będzie uczta, na którą oczywiście pójdziemy razem. tak trafiłam na prawdziwą gruzińską biesiadę: stoły uginały się od jedzenia, domowego wina i samogonu, goście przekrzykiwali się, śmiali, opowiadali sąsiedzkie i rodzinne historie. wyglądało to mniej więcej tak:

później pojawiła się garmoszka, były więc i tańce. wśród gości krążył kryształowy kielich w kształcie dzwonka. nie można go było w żaden sposób odłożyć na stół, dlatego trzeba było spełnić toast (winem) do dna i następnie zadzwonić. na zdjęciu piję bruderszaft z (nieletnią) khati, obok siedzi chatuna z malutką nino na kolanach:

supra, czyli gruzińska biesiada rządzi się swoimi prawami. każdy stół ma swojego gospodarza (niekoniecznie gospodarza domu, często jest to najstarszy, najbardziej szanowany mężczyzna). tamada, bo tak nazywa się jego funkcja, dba o atmosferę przy stole, rytm biesiady, a przede wszystkim jest tym, który wznosi toasty. a dobry toast to prawdziwy majstersztyk! czasem tamada snuje długą opowieść, wplata w toast dawne gruzińskie legendy, nawiązuje do historii, tradycji; bywa, że toasty kończą się morałem, często jakąś żartobliwą puentą. bywa, że taki toast trwa kilka-kilkanaście minut, tak, że wszyscy goście - zasłuchani - stawiają w końcu szklanki na stole i zapominają o czekającym winie. bywało że w mojej obecności przechodzili na rosyjski, aczkolwiek rzadko, bo gruzini nie lubią mówić po rosyjsku, a na prowincji często w ogóle nie umieją. większości toastów wysłuchiwałam więc po gruzińsku. raz tylko kolega-gruzin koniecznie chciał tłumaczyć mi wszystko na angielski. kiedy tamada rozpoczął wyjątkowo długi toast, tłumacz streścił: "for goergian tradition", tamada dalej mówił i mówił, wszyscy się roześmieli, a tłumacz: "for georgian tradition"; tamada dalej przemawia, wreszcie wszyscy piją, na co tłumacz: "so for georgian tradition". bardzo dziwnym dla mnie toastem było również picie "za najświętszą panienkę"! choć z drugiej strony, to dziwne połączenie powinno się było już dawno przyjąć w naszym katolicko-pijackim kraju. tamada czasem zezwala na wygłoszenie toastu przez innego biesiadownika. i mnie, jako gościa-inostranca, często o to prosili. szybko wyczułam, o co chodzi i potrafiłam przez pięć minut wygłaszać tyradę na temat gruzińskiej gościnności, na temat tego, że w polsce mamy takie wyobrażenie szalonego, romantycznego i gościnnego gruzina, że piękne są góry kaukazu, że grigorij i szarik itd. teraz bym się pewnie nie zdobyła na tak długie wystąpienie, ale o ile to było piękniejsze niż zwykłe: "za zdrowie gospodarza!".

zresztą jako polka miałam wszędzie niezwykłe fory i wielkiego plusa na początek każdej znajomości. z kimkolwiek bym nie rozmawiała, okazywało się, że on, jego syn lub jakiś pociotek służyli w polsce. wszyscy też znali film "czietyrie tankista i sobaka". zawsze było więc od czego rozpocząć rozmowę. kiedyś w tbilisi, kiedy wędrowałam gdzieś daleko od centrum, nagle rozpadły mi się na stopach sandały. przeszły swoje, więc po prostu w jednej chwili i bez ostrzeżenia porwały się wszystkie paski. któś skierował mnie do najbliższego szewca, do którego jakoś doczłapałam na boso. szewc popatrzył, pokręcił nosem i zabrał się do roboty. od słowa do słowa, okazało się, że jego syn służył w polsce, bodajże gdzieś pod legnicą. będąc na przepustce, wybrali się kiedyś z kolegami nad jezioro. i nad tym jeziorem jego syn uratował tonącą dziewczynę. historia jak z taniego filmu, tylko że prawdziwa. rodzice dziewczyny obsypywali go w podziękowaniu wszelkimi podarkami, niemal usynowili i jeszcze do gruzji wysyłali kartki z życzeniami noworocznymi. nie muszę chyba dodawać, że za naprawę sandałów szewc nie wziął ode mnie ani grosza!

wracając do mojej rodziny, spędziłam z nimi dwa wspaniałe dni. potem faktycznie przez wioskę przejeżdżała ciężarówka, która zabrała mnie w góry. jechał nią do swojego domu w górach akurat ich znajomy, który mnie zabrał, dwa dni na miejscu przenocował i wyprawił w powrotną drogę. musiałam tylko zapłacić za benzynę. w drodze powrotnej również zatrzymałam się u swojej rodziny i teraz zupełnie czułam się jakbym wróciła do domu. od razu ustaliliśmy, że jak będę w tbilisi za dwa tygodnie, to mam koniecznie do nich zadzwonić, bo one już tam będą. i faktycznie, w drodze powrotnej z armenii zatrzymałam się u taniko na jeszcze trzy dni w tbilisi. z wierą i khati chodziłyśmy po mieście, pokazały mi miejsca, do których sama nigdy bym nie dotarła. poznałam kolejną porcję koleżanek, sąsiadek i kuzynek. a wieczorami siedziałyśmy w domu. przez większość czasu nie było prądu, więc siedziałyśmy przy świecach, grałyśmy w karty w duraka albo dziewczyny grały na pianinie i wspaniale śpiewały. jak tylko pojawiał się prąd, włączały telewizor i czar pryskał... kiedy taniko dowiedziała się, że najbardziej smakowały mi w gruzji chinkali, poszłyśmy na targ, kupiłyśmy co trzeba i razem z tanią, wierą i khati przez dwie godziny lepiłyśmy te przepyszne gruzińskie pierogi. moje jedyne zdjęcia z tamtego dnia wysłałam do nich po powrocie do polski, nie zostawiając sobie odbitki. mam nadzieję, że doszły i że czasem i one mnie wspomną. na drogę do domu dostałam jeszcze pół kilo przyprawy do chinkali.

niedziela, 19 lipca 2009
wakacje a urlop

urlop jest zaprzeczeniem wakacji. wakacje to dwa - trzy miesiące błogostanu, czyli najczęściej czytania i wyjazdów. nawet jeśli nie dalszych podróży, to codziennych wycieczek rowerowych, krótkich wypadów nad morze, nad jezioro czy na piwo. totalny luz. żadnego myślenia, żadnych planów. odpoczywa głowa i ciało. natomiast urlop to jakieś nędzne dwa tygodnie. jeszcze się na dobre nie zacznie, a już się kończy. szkoda czasu na rower, szkoda czasu nawet, aby jechać do domu. prosto z pracy - żeby nie tracić cennych dni (godzin!) urlopu - pędzimy na dworzec, szybko w góry, biegiem, biegiem, bo mamy tak mało czasu. gdzieś w tyle głowy gra "już niedługo trzeba wracać do pracy". właśnie ta świadomość, że to się niedługo skończy, że trzeba się szybko nacieszyć na zapas, sprawiają, że urlop traci swój sens. najgorsze jest jednak coś innego - pierwszy urlop, to w pewnym sensie wejście w nowy etap w życiu. urlop jest więc pojęciem totalnie dołującym, bo oznacza stabilizację (czyli starość), koniec studiów, stałą pracę i - tfu!! - dojrzałość... kiedyś ewka zapytała, czy mówi się "ostatnia wieczerza", bo potem były już kolacje? tak samo: koniec wakacji, teraz będą już tylko urlopy...

jestem zatem przeciwniczką krótkich wakacji (a przede wszystkim zrezygnowania z samego słowa urlop!). nie służą one niczemu: ci, którzy nie potrafią wypoczywać, męczą się i nudzą na zatłoczonej plaży. ci, którzy lubią się wynudzić, i tak nie zdążą, muszą więc szybko leżeć na tej samej zatłoczonej plaży. a ci, którzy mają coś do załatwienia (poznać trochę świata, doświadczyć przestrzeni, odpocząć od mówienia po polsku), mają największego nerwa. bo jak tu objechać turcję, rumunię czy kaukaz w jakieś nędzne dwa tygodnie? postuluję więc, aby urlop wydzielać każdemu według potrzeb. ja ustawiam się już w kolejce po największą pulę.

fantastyczne wakacyjne zobowiązania redaktorów "dwutygdnika" zainspirowały mnie do stworzenia listy swoich planów wakacyjnych. moje wszelkie plany są zawsze na wyrost i nigdy nie udaje mi się ich w pełni zrealizować. (trzeba mierzyć siły na zamiary - nigdy odwrotnie!) plany dzielą się na plany czytelnicze i podróżnicze, a najczęściej są ze sobą ściśle związane. kiedyś założyłam się z olkiem o pół litra, że w trakcie wakacji przeczytam całe "w poszukiwaniu straconego czasu" prousta (to kolejna przewaga wakacji nad urlopem! w czasie urlopu przeczytanie prousta byłoby nie do pomyślenia). prousta oczywiście przeczytałam, zachwyciłam się totalnie, a olkowej wódki do dziś nie zobaczyłam na oczy... (swoją drogą, co za sztubackie pomieszanie światów - proust i wódka!)

do rzeczy, moje plany na sezon wakacyjny 2009 (daję sobie czas do końca września):

- przeczytać "rękopis znaleziony w saragossie" (wstyd, że ta lektura wciąż przede mną...),

- zrobić pierogi z truskawkami,

- napisać przynajmniej trzy blognotki na dawno przygotowane tematy,

- dołączyć do któregoś z wyzwań czytelniczych, najchętniej do literatury na peryferiach,

no i proszę, znowu za dużo. nie ma co pisać dalej, trzeba brać się za czytanie!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10